sobota, 16 maja 2020

Genpol czyli rzutem na teśmę przed pandemią




Zbliżał się marzec. Ze świata dochodziły niepokojące doniesienia o rozszerzającej się z Chin epidemii. Ja zaś czekałam na rozpoczęcie szkolenia w Lublinie. Byłam podekscytowana, bo  po pierwsze przez Lublin tylko raz przejeżdżałam a dwa miałam przed sobą wizję kilku dni wolnego od bycia matka i żoną...  a to miłe odstępstwo od rutyny...,  no ale jeszcze jako miły akcent przed wyjazdem w sobotę 7 marca miały się odbyć kolejne urodziny GENPOLU Trochę się obawialiśmy, że może Tomek nie będzie chciał kolejnych organizować ale odetchnęliśmy z ulga jak pojawiło się ogłoszenie o rozpoczęciu rejestracji dla chętnych wziąć udział w wydarzeniu. 

Po drodze na spotkanie w budynku PAST-y miałam załatwić coś na Ursynowie- i szybciutko  metrem podjechać porzuciwszy gdzieś blisko stacji auto. Okazało się że Kabaty w sobotę w południe to jakiś korkowy armagedon.W końcu porzuciłam auto pod stacją STOKŁOSY i  ruszyłam. Zawsze głowie się które to piętro... IV... docieram. Szybki rzut oka na stolik- jest jeszcze Bayerkowa szarlotka a i po kubeczkach widzę że kilka osób jest... . Szybkie powitania, kawałek szarlotki i idziemy do sali. Osób jest mniej niż miało być. Część przestraszył wirus, część z innych powodów ale może ciut kameralniej ale ciągle w doborowym gronie.  Krótki wstęp i ogłoszenie kto został laureatem zaszczytnego miana GENEALOG ROKU.  Tomek podkręca atmosferę... mówi o człowieku chętnym do pomocy, zaangażowanym w regionalne projekty, uczącym innych...  no ... no ... wszyscy wyczekują i  - Genealogiem roku 2020 został Waldemar Chorążewicz. Tak.Zdecydowanie zasłużył.


foto. K. Marchlińska

Pomijam fakt, że zwyczajnie po ludzku, to dobry człowiek, pomocny, uczynny. Kiedy potrzebowałam pogadać, bo w życiu mi się wszystko waliło a znaliśmy się tylko wirtualnie,  wysłuchiwał i dawał się wyryczeć w wirtualny mankiet. Zresztą to dzięki jego namowom pojawiłam się pierwszy raz na urodzinach GENPOLU - bez niego i Mariusza M. nie zaczęłabym wtedy mojej przygody z poznawaniem ludzi z tą samą pasją co ja.  Waldek tez potrafi powiedzieć wprost że coś nie jest nasza dobrą stroną i to tak że nie jest to bolesna prawda a zwyczajna rada... no cóż wiem to z własnego doświadczenia bo jak się okazało  robienie czeskich błędów o morza literówek  dyskwalifikuje z indeksowania- no przynajmniej z porządnego indeksowania i przyprawia  weryfikatorów o palpitacje serca. Widać nie każdy indeksować powinien choć jest wiele innych zadań  zwłaszcza w pracach przygotowawczych w których jak się chce można działać.

Po obowiązkowych zdjęciach z laureatem część osób przeniosła się do kuchni  by spokojnie pogadać.  Ustalono też że w tym roku nie udało się załatwić knajpy na obiad, nasz ulubiony TRAMWAJ przestał istnieć. dziewczyny podrzuciły pomysł na Cafe Kwadrat vis a vis  PAST-y. 

Spotkanie oficjalne się zakończyło a my poszliśmy zagęszczać Kwadrat. Zrobiliśmy zmasowany atak ku przerażeniu kelnerek.  Zcieśnialiśmy się bo brakowało miejsc an i tak okrojony skład. Aktorzy Teatru Kwadrat uciekli szybko  bo jak w takim gwarze wytrzymać. A na nas nie robił wrażenia  ani Marek Siudym, ani Michał Lewandowski ani uroda dziecięcej twarzy Anny Karczmarczyk nie robiły na nas wrażenia. Całkowicie pochłonęły nas rozmowy o naszych odkryciach, doświadczeniach czy zwykłe przyjacielskie pogawędki. Wszyscy coś zamówili, i powoli oczekując na kolejne dania pojawiające się na stołach  rozmowy płynęły nieprzerwanie. Na chwile przerywane komentarzami gdy pojawiało się takie danie jak np żeberka :-). 
Z czasem  kilka osób wyszło spiesząc na autobus, pociąg czy w swoich sprawach i zwolniło się kilka krzeseł pozwalając na roszady i przetasowania towarzyskie.  Tego dnia Dorota uwodziła seksapilem,

foto. K. Marchlińska

 a z Kasią przemile snuła się nam rozmowa... czas uciekał nieubłaganie i mimo, że tym razem nie poganiał mnie ostatni pociąg  trzeba było się rozejść... 

Kto mógł wtedy sądzić, że kilka dni później zamkną szkoły, że w panice będziemy kupować tony makaronu i ... papieru toaletowego a ja w Lublinie będę się zastanawiać czy szkolenie uda się doprowadzić do końca. Wtedy otoczona genealogiczną pajęczyną wracałam do domu przez całkiem zaludnioną Warszawę myśląc o tym jak bardzo lubię tych ludzi.






czwartek, 30 kwietnia 2020

część II: Brzeg , Brzeg i ... PKP

Opadły emocje po wykładzie, drżące ręce i czerwone plamy na szyi i dekolcie to jedyny ślad po wykładzie. W bramie wyjściowej  zaczepia mnie pani która prowadziła wykład o kuchni przodków mówić kilka słów o tym jak podobał jej się ten wykład i ten  mój poprzedni o cmentarzach... jakie to było miłe.

Ale  efekt zobaczę po  powrocie bo wszystko jest nagrywane.
Powędrowałam do schroniska w celach regeneracyjnych. Tam w kuchni już trwały rozmowy i odprężenie przed integracja. Schodzimy znów grupa zajmując  upatrzony wczoraj narożnik. Rozmowy to tu to tam... nie pamiętam już kim i o czym w jakiej kolejności... znów Laury wino i mój ajerkoniak stoją nietknięte. Grupa się wykrusza. Dorota nie ma formy więc szybko odpada, inne dziewczyny tez dość szybko się ulatniają... nonie ma co ukrywać. Intensywny dzień wykładowy męczy. Ogarniam resztki naszego stołu i przenoszę "niedopitki" na stół prezydialny przy którym zasiada nasz uroczy i elokwentny, aż dziw berze że taki nieśmiały, Zbyszek ze swoją żoną- uwielbiam ich cięty dowcip, oraz najważniejsze na świecie zaplecze techniczne czyli Maciek i Paweł.
Przysiadam się tak na chwilkę proponuje bez przekonania mój ajerkoniak  i... no nareszcie ktoś chce spróbować bo już bałam się, że będę targać do domu pełna butelkę.  Zbyszek polewa  ciut nieśmiało ale po wstępnym posmakowaniu odwagi przybywa i cała sztuka polega na tym by wiedzieć KIEDY skończyć nalewać. Doskonale się rozumiemy no bez słów prawie...  Zbyszek z żoną snuja cudne opowieści  i słucham z niekryta przyjemnością. Oczywiście wiemy KIEDY należy uzupełnić szkło (no dobra kolorowe kieliszki z plastiku). Maciej opierał się ajerkoniakowej słodyczy  ale po mało przyjemniej rozmowie  - obowiązki organizatora-  trunek okazał się idealnym pocieszaczem... i jakoś tak niepostrzeżenie butelczynka wyschła, sala opustoszała. A ja zdając sobie sprawę jaka moc miał trunek z niepokojem zerknęłam na zegarek z obawy o niedzielną elokwencję Zbyszka.

Kolejny dzień bo dość krótkiej nocy miał być długi, bardzo długi....
Zbyszek w pełnej  gotowości świeżutki - ani śladu ajerkoniakowych efektów ubocznych - ufff za to  w krużgankach minęła mnie pędząca , odziana w skórzaną kurtkę, księżna. Mimo pośpiechu po chwili sunęła w pełnej gali po sali głównej na zaszczytne honorowe miejsce.
Kolejne wykłady i warsztaty zaskakująco szybko dobiegły do końca i nadszedł ten czas kiedy trzeba było się pożegnać... i znów Maestro Zbyszek zagrał na emocjach... łzy ciurkiem leciały, ze śmiechu , ze wzruszenia znów ze śmiechu... jak się żegnałyśmy z Margolką to obie przez tego  konferansjera całe byłyśmy zapłakane.

Tak byłam zaaferowana  konferencją,że przegapiłam najazd "borowików" na dziedziniec i pojawienie się premiera... a kiedy wychodziliśmy na obiad już było po wszystkim.  Znów pyszny obiad. Znów rozmowy przy stolikach. A potem żwawo do schroniska po rzeczy i na pociąg.

Jechałyśmy całą Genewą (Genealożki Warszawskie)  do Warszawy. Najpierw do Opola gdzie wsiadałyśmy w pendolino.  Znów miałam bilet w innym wagonie ale cóż zrobić.

Kiedy w końcu obładowane umieściłyśmy się na swoich miejscach i pociąg ruszył to przeszłam  pół wagonu do dziewczyn. Stałam co prawda w przejściu ale zajęta rozmową mniej odczuwałam chorobę lokomocyjną.  W pewnym momencie pociąg stanął w lesie ... i stał i stał.... w miejscu gdzie nie było absolutnie zasięgu.  Gadałyśmy i czas leciał ale zaczęłam się martwić czy zdążę na pociąg do Radomia.  Udało mi się wysłać sms do męża z prośbą o sprawdzenie innych połączeń do domu. Czekamy... mija pół godziny,  trzy kwadranse, godzina. W końcu  po 70 minutach ruszamy...  Kasia w tym czasie zdążyła zindeksować kilka metryk, wymieniłyśmy się kilkoma istotnymi wiadomościami jak również wrażeniami z konferencji. Teoretycznie powinnam zdązyc na ostatni pociąg do domu. Wiem że Laura też z przygodami wróciła ale już jest a ja  już w dołkach startowych żeby na Zachodniej wyskoczyć z tobołami , znaleźć odpowiedni peron, kupić bilet... i wypadam  i sprawdzam peron i kupuje bilet i ... idę i słyszę że  pociąg do Radomia odjedzie nie z perony  6 a z  innego  to galop ale okazał się na moje szczęście że z bliższego ... w końcu siedzę w pustym pociągu, jak przyjemnie łomocze o trzęsie swojsko - żadnej choroby lokomocyjnej. Zdecydowanie ja nie nadaje się do nowoczesnych środków lokomocji. Pendolino i Intercity to zdecydowani nie dla mnie. Podobnie jak luksusowe auta... no muszę czuć całą sobą że jadę wtedy mój żołądek się nie buntuje.
Z trudem powstrzymuję powieki przed opadnięciem - tylko tego  trzeba żebym przespała stację.

Wysiadłam. Ufff. Mąż mnie odebrał... padam z  nóg ale tyle mam emocji w sobie. Jeszcze przez tydzień będę opowiadać każdemu podekscytowana o konferencji...

I już czekam na kolejną... tylko o czym tym razem opowiedzieć ?


Bardzo dziękuję organizatorom -Stowarzyszeniu  Opolscy Genealodzy
za kolejną możliwość spotkania tylu osób tak samo jak ja zakręconych
na punkcie genealogii.

Mam nadzieję, że spotkamy się już we wrześniu na siódmym Brzegu.

piątek, 15 listopada 2019

Nareszcie Brzeg!!! -odsłona szósta - część I

(...)Walizki pod drzwiami a Laura w schroniskowej kuchni dobrze zaopiekowana. Pierwsze spotkanie, takie nieśmiałe, nienachalne... ostrożne. W końcu znamy się tylko z facebooka.
Na przełamanie lodów czeka nas pierwszy integracyjny wieczór w schroniskowej sali... zatem organizujemy się i schodzimy na dół. A tam już gwarno i wesoło. Zajmujemy miejsce wśród Genealożek Warszawskich w rogu sali. Wciągamy się  w wir rozmów, powitań. Wyszukuję znajome twarze, w tłumie ludzi  trudno zamienić słowa z każdym. Tu ciekawa dyskusja o podkarpackich poszukiwaniach, tu opowieści naszego brzegowego seniora, który zasłynął spektakularną wyprawą skuterkiem na Ukrainę. Tym razem słucham opowieści o dalszej rodzinie pana Władysława; o kuzynie co Fidela Castro woził; o pracy w  legnickiej milicji  i opowieściach snutych przez wysokich wojskowych; o dalekich ostępach Związku Radzieckiego i o tym jak nigdy nie wiadomo kiedy się kogoś spotka i że warto w związku z tym dać się zapamiętać dobrej strony bo to zawsze może się przydać... . W pewnej chwili z "Gniazdowego" stolika przeemigrował do nas Jacek  z pasztetem chilli własne roboty i zimnymi nóżkami. Zmęczeni współbiesiadnicy  z grupy Wielkopolskiej z przyległościami kaszubskimi oddalali się już a Jackowi ciągle było mało rozmów. W końcu i nasz stolik  przetrzebił się bardzo  i czas było iść spać... jutro ciężki dzień pełen wykładów i na koniec mój własny. Zgarnęłyśmy z Laura nieotworzone butelczynki - mój ajerkoniak jakoś nie skusił nikogo a dziewczyny zapowiadały że będą chciały spróbować

Poranek słonecznie nas powitał. Śniadanko w kuchni i powoli zbieranie się na wykłady. Zapadła decyzja że idziemy ubrane normalnie a antre naszych koszulek robimy dopiero na przerwie  gdzie planowana jest wspólna fotografia. Jakoś nie udało się nam wyjść wszystkim razem i goniłam dziewczyny aż do samego zamku. I znów zdobienia portalu wejściowego  mnie zachwyciły.  Widziałam je już piaty raz (na drugim Brzegu mnie nie było niestety) i ciągle mnie powalały ale zazdrościłam Laurze i Dorocie pierwszego zachwytu...  weszłam na dziedziniec jak do siebie. Znamy już wszystkie zakamarki i jest to wilce przyjemne.  Ulokowałam się razem z dziewczynami w rzędzie pod arrasami i pobiegłam jeszcze pooglądać co tez na krużgankach, zakupić Varie i może coś jeszcze, przywitać się z tymi, których nie widziałam. Tam przemyka z zamyślonym spojrzeniem bardzo elegancka Małgosia, wypatruje co tym razem ma kaszubskiego- jest  chusta!!!  I znów żałuję, że  zabrakło mi czasu na wyszycie  bluzki w urzeckie wzory. Nietypowy haft bo czarny,  wyszywany łańcuszkiem w kwiatowe wzory.  

Z tymi wzorami regionalnymi to mam zagwozdkę... bo z racji miejsca gdzie się wychowałam i gdzie jest moja "mała ojczyzna" powinnam założyć strój z Mazur Zachodnich, z racji miejsca zamieszkania obecnie i wejścia w rodzinę  męża pochodząca z Urzecza  to właśnie ten strój mi pasuje... a sięgając dalej to kusi mnie opoczyński haft - strona ojca  a i małopolskie czy podkarpackie rejony gdzie mieszkali "moi" są bogate w różne stroje, wzory haftów- ech... osiołkowi w żłoby dano. 

No ładnie i tak oto powyższym akapitem  o haftach dowiązałam się do Margolciowej opowieści o Konferencji pt. "Szósty Brzeg"

I stało się... w końcu udało się nas zgromadzić w głównej sali , szepty  i śmiechu  ucichły... i Zbyszek uroczyście  rozpoczął Szóstą Konferencję Genealogiczna w Brzegu. Jak zwykle kwieciście opowiadał, jak zwykle  na honorowych miejscach zasiedli  Książe i Księżna... jak zwykle  zapalono  światełko dla tych, którzy  odeszli do "swoich".  Rozpoczęły się prelekcje, wykłady, warsztaty. Przemieszczaliśmy  się z sali do sali, gadaliśmy jak to ludzie dzielący wspólna pasję nie mogąc się nagadać. Nie ważne jak długa byłaby  przerwa na kawę i tak będzie za krótka.Nadeszła chwila kiedy w przerwie zeszliśmy na dziedziniec i ustawialiśmy się do zdjęcia. Zeszłyśmy już jako jedna grupa WARSZAWSKICH GENEALOŻEK . Wyróżniałyśmy się w tłumie. Zaczęły się  sesje zdjęciowe mniej liczne, liczne, pojedyncze. Moją uwagę jednak  przykuły różowe tenisówki na koturnie... nie widziałam czyje, a właściwie widziałam tylko nie poznawałam... Pełna życia, energiczna, roześmiana osoba z zadziorną fryzura w kolorze płomiennym. To odmieniona Honorata!!!!  w zeszłym roku jak widziałam ja ostatnio to był wrak człowieka, zmęczona, szara. Widać po niej było, że życie ja przygniotło, roztrzaskało i  bałam się czy pozbiera się... tymczasem teraz?! Nowa kobieta. Wulkan energii. I te buty!!!  

Po przerwie kolejne wykłady. O kolejarzach. Za pulpitem stanął  wielki  mężczyzna i zaczął.... sypać wiedzą niczym katarynka.  Nie nadążałam notować a było co. Tyle informacji a pan ani pół ściągi nie miał, nawet jednego slajdziku. Jakby tak z tym panem można było  zrobić cały dzień pod hasłem - 100 pytań do to i tak by pewnie nie wyczerpało jego wiedzy.

Po kolejnej przerwie udałam się na  warsztaty o pozametrykalnych  materiałach kościelnych. Niestety prowadząca chyba nie do końca wiedziała do kogo mówi i czego oczekujemy. Jakoś strony tytułowe dokumentu podpisywane przez biskupa nie specjalnie nas interesuje ale  zawartość wszelkich spisów i  owszem... Pani miała wiedzę ale nie umiała jej przekazać.  A szkoda. Ale fajnie się ocenia  kogoś innego a mój wykład zbliża się coraz bardziej, łapie się na lekkim panikowaniu czy aby jestem przygotowana, zwłaszcza po wykładzie pana od kolejarzy. 

Przerwa obiadowa dała miłe rozluźnienie. Obowiązkowo kluski śląskie- jak dla mnie mogłoby innych dań nie być.  Żeby nie blokować miejsca wyszłam a że nikogo z naszej warszawskiej grupki na horyzoncie nie widziałam to z przyjemnością  przyłączyłam się do Margolci. Korzystając z słońca  przeszłyśmy parkiem wokół zamku. Jak zwykle gadałam... co jest normalne ale jak przybiera na sile znaczy  że się denerwuję... bo wykład coraz bliżej.  Relaksik przez wykładami z herbatką... jak ja uwielbiam herbatę.  Jakoś niepostrzeżenie czas nam umknął- na szczęście zapobiegawczo zapłaciłyśmy od razu bo znamy się dość dobrze by wiedzieć że po pierwsze  herbatę pije się niespiesznie a po drugie w towarzystwie to niespiesznie  się niepokojąco wydłuża. 
Więc lekkim kłusem udałyśmy się na wykłady, dobrze że po obiedzie bo o kuchni przodków. 
Warsztat szybko przeszedł w tryb " a pamiętam jak u mojej babci". Wymienialiśmy się wiedzą, wspomnieniami i odczuciami. a mój wykład już za chwilę... panika narasta ale pociesza mnie myśl że będą znajome twarze. I w końcu to mój drugi wykład przed tym gremium. Z przyjemnością wysłuchałam czekając na swoja kolej historii o kolonistach z ziemi zamojskiej.Niesamowite koleje.  I przykład jak łatwo przykleić łatkę "Niemiec", "Żyd", "Ukrainiec" nie zadając sobie trudu by dowiedzieć się czegokolwiek o tych ludziach, którym takie miano nadajemy. Bardzo to przykre, że o tym kiem jesteśmy nie decyduje kim się czujemy tylko  to jak ktoś nas nazwie. 

No i nadeszła wiekopomna chwila...   obsługa rzutnika mnie przerosła. Pilot nie chciał współpracować, a raczej ja z nim nie umiałam, ale nie ja jedyna miałam takie problemy. No cóż korzystam z takiego sprzętu raz na dwa lata w Brzegu to jak mam się nauczyć ?Tak czy inaczej Maciek zdjął ze mnie techniczną część obsługi prezentacji a ja mogłam zacząć opowiadać o tym jak  ruiny budynków, kupa krzaków czy przysłowiowa "brama do lasu" mogą nam opowiedzieć gdzie co kiedyś było, jakie było ...  Margolcia z pełna powaga wpierała zgodnie z obietnicą. Ja czułam tylko że czerwień zdenerwowania wykwita mi na dekolcie, twarzy ale cóż - taka moja uroda. Na szczęście  jakoś tak mam że poza  efektem "TERAZ POLSKA" na twarzy  jestem opanowana i jakoś tak spływa na mnie "wiedza pokoleń".  Uff koniec- że też muszą pokazywać te karteczki, że czas minął. Och jak to strasznie rozprasza... 

Pierwszy dzień konferencji dobiegł końca. Powolutku rozchodzimy się do swoich miejsc noclegowych żeby  się zregenerować i wieczorem spotkać na kolejnym wieczorze integracyjnym. ....cdn.




wtorek, 1 października 2019

Do Brzegu ! Do Brzegu!

Minął ponad miesiąc od konferencji w Brzegu. To tam po raz szósty w Zamku Piastów spotkali sie genealodzy z całej Polski i ŚWIATA... tak, tak do Brzegu przyjeżdżają fascynaci szukania przodków z USA, Australii, Szwecji, Niemiec, Francji, Ukrainy i zapewne z innych krajów ale dokładnie dowiemy się zapewne z podsumowań organizatorów.

Zacznijmy jednak od dwóch tygodni przed konferencją... no cóż jakoś tak niepostrzeżenie zrobił się początek września a ja w proszku z prezentacją na moje wystąpienie.  Dziewczyny z Warszawskich Genealożek (nieformalna grupa spotykająca się w kwestiach genealogicznych i towarzyskich z Warszawy i okolic) kupiły już bilety na pociąg do Brzegu. Nie mogłam z nimi bo nie znałam jeszcze planu zajęć dzieci a to wiąże się z logistyką i planowaniem kto odbierze, zawiezie itd zwłaszcza że wraz z końcem gimnazjów skończył się gimbus i moje dzieci nie maja autobusu do szkoły i muszę je dowozić.  Kiedy ogarnęłam kto je odbierze w piątek i  o której mogę dojechać do Warszawy zachodniej na pociąg, zakupiłam bilety... oczywiście nie dało sie nijak kupić już koło Dziewczyn.

Około tydzień przed wyjazdem zamiast skupiać sie na robieniu prezentacji podrzuciłam temat koszulek z naszym  logo. Ale to logo trzeba najpierw zrobić.


To zrobiłam- zamiast prezentacji. To rozkwitła trzypasmowa dyskusja o kolorach rozmiarach i miejscu umieszczenia owego logo na koszulce...  i tak jakoś zajmowałam sie tym zamiast prelekcją ...  zamówiłam koszulki. Maciej Róg podpowiedział, który paczkomat w Brzegu wybrać żeby było nam blisko i żeby w razie jakiegoś problemu z zamówieniem  Maciek mógł odebrać. Nie została zatem żadna wymówka aby nie robic prezentacji, no może poza nieustannym nerwowym zerkanie czy jest sms  "Twoja przesyłka jest do odebrania w paczkomacie".


I nadszedł długo oczekiwany dzień wyjazdu do Brzegu. Już od kilku dni w  ramach pożegnań w rozmowach genealogów zaczęło się pojawiać : "Do zobaczenia w Brzegu!, Do Brzegu!" tak więc i ja ruszyłam do Brzegu... objuczona tobołami udałam sie na swoją stację po odtransportowaniu dzieci do szkoły... i się zaczęło.
Pociąg relacji Radom- Warszawa Wsch. przyjedzie z około 15 minutowym opóźnieniem.. a ja mam  25 minut na przesiadkę. Uff udało się. Zdążyłam. Dziewczyny jadące od Centralnej wypatrzyły nas wsiadające (mnie i Joasię) i dołączyłyśmy do wesołej gromadki... nie udałam się na swoją miejscówkę oddalona znacznie od naszej grupy. Przesiadałam się ciągle korzystając z chwil wolnego miejsca albo  dziewczyny z poświęcały sie "ścieśniając" sie we trzy na dwóch fotelach.  W miłej atmosferze mimo objawów choroby lokomocyjnej która mnie męczyła w nowoczesnym składzie Intercity- jednak jestem organicznie dostosowana do telepania, łomotu i podskakiwania... płynność jazdy nowoczesnych pociągów mnie zabija a przynajmniej zamienia w zielonkawe zombii.  Z ulgą i wielka radością wysiadłam w doborowym towarzystwie w Brzegu. Część zabrała się z walizami taksówką a ja z Gośką i Joasią poszłyśmy piechotką.
Tuz przed schroniskiem spotkałyśmy Waldka i Mariusza  z... bukietem róż i półlitrówką...  o kwiatach będzie później a  butelczyna okazała się składnikiem na miksturę na bolące stawy którą Waldek chciał zrobić ze świeżo pozyskanych gałązek mahonii... dla sprecyzowania- do użytku zewnętrznego jedynie bo mahonia w tej postaci jest trująca.

Rozparcelowałyśmy się w pokojach i udałyśmy się coś zjeść i ... odebrać paczkę. Przy okazji Dorota która pierwszy raz była w Brzegu miała szansę obejrzeć kawałek miasta.
Paczka czekała grzecznie w paczkomacie. Ledwo wróciłyśmy do schroniska zaczęło się przymierzanie...  niektóre mogły być ciut luźniejsze ale i tak wyglądały nieźle. Zapadała decyzja że antre zrobimy w sobotę...

W międzyczasie pod moim i Kasi pokojem pojawiły się walizki świadczące że dojechała nasza trzecia lokatorka- Laura z którą wspólnie szukamy Ciepielowskich. Jesteśmy skoligacone ale dla ułatwienia  - kuzynki z nas (cenniejsze bo z wyboru a nie z krwi)....c.d.n.


środa, 3 lipca 2019

Jak nie dać się zwieść.

Pierwsze drzewo genealogiczne narysowała moja Babcia Giga. Siedziałyśmy w ogrodzie , Babcia posiłkując sie swoim niebieskim kalendarzykiem rozpisywała koligacje rodzinne. Opowiadała anegdotki o każdym członku rodziny a ja zasłuchana  zapamiętywałam... dziś wiem że to był błąd. Trzeba było przyciągnąć magnetofon kasetowy z nagrywaniem i nagrać tę całą rozmowę... ale cóż wtedy nie wiedziałam że to będzie moja pasja, nie znałam metodologii szukania...  ale kartka  z rozpiska jest. Zdjęcia  które przy okazji  omawiałyśmy też są.
Jedna z opowiastek dotyczyła dziadka mojej Babci- Ludwika Ciepielowskiego. Był wg Babci budowniczym dróg co nie do końca sie potwierdziło bo był nadstrażnikiem skarbowym ale może  nadzorował właśnie budowy dróg- to muszę sprawdzić choć nie bardzo wiem jak.
Według rodzinnej famy porwał on swoją wybrankę Marię i... dochowali się 14 dzieci a gdy najmłodsze miało 4 lata zabrał się z tego świata.  Porwania nie udowodnię ale faktycznie Maria  zamieszkała u zakonnic na ul Smoleńsk w Krakowie, tam przygotowano ja do  zmiany wyznania. Ochrzczono. W tej samej parafii w kolejnym roku wzięła z Ludwikiem ślub... i doczekali sie 14 dzieci. Najmłodszy Jerzy urodził się pod koniec 1899 roku. 
Babcia opowiadała o Karolu, synu Ludwika i Marii, który mając lat ok 13 zmarł na zapalenie wyrostka robaczkowego. Miałam akt urodzenia Karola z 1890 roku z Jasła czyli miej więcej data śmierci była do ustalenia.
Jakieś 8-10 lat temu napisałam do Archiwum w Krakowie z prośbą o odszukanie aktów zgonu Ludwika Ciepielowskiego zmarłego ok 1904 roku i Karola Ciepielowskiego zmarłego  tez ok 1903/1904 roku. Prosiłam o ewentualne sprawdzenie  lat +/- 1902-1906.
Po jakimś czasie otrzymałam list że przeszukano  wskazane roczniki ale takich zgonów nie znaleziono. Poproszono o opłatę za kwerendę.
 Uznałam że widocznie w tym czasie rodzina nie mieszkała w Krakowie, a że przemieszczali się bardzo zaczęłam  zastanawiać sie gdzie w tym czasie mogli być i szukałam w pojawiających się skanach aktów zgonu obu... bezskutecznie. Mijały lata. Kolejne godziny spędzone na wertowaniu kolejnych parafii i ciągle nic.

Az trafiłam na pozycję w bibliotece cyfrowej na Przewodnik cmentarny Krakowa, Podgórza i Zwierzyńca Stanisława Cyrenkiewicza z 1908 roku.  Spisane były tu nazwiska z tablic i nagrobków. 
Znalazłam  tam w kwaterze "O" cmentarza Rakowickiego wymienionego Ludwika Ciepielowskiego zmarłego w 1904 roku i Karola w 1905.  Napisałam do ZCK w Krakowie  i poprosiłam o informację o tych osobach.
Otrzymałam wyczerpująca informację z dokładnymi datami śmierci i parafiami które wystawiły dokumenty zgonu. Na kwaterze "O" znajdowały się  groby ziemne więc nie zachowały się do dziś.

Mając dokładne daty oraz parafie napisałam ponownie do Archiwum w Krakowie i to co kilka lat temu sienie znalazło dziś już mam w wersji skanu.  Cieszę się bardzo- choć nie lubię uśmiercać członków rodziny. W przyczynach zgonu u Karola faktycznie jest wyrostek robaczkowy.

Szkoda tylko że tyle czasu i zaangażowania straciłam na wymyślanie i szukanie gdzie też oni mogli umrzeć. Stąd nauka jest dla żuka. Chcesz znaleźć szukaj sam a kwerendom do końca nie wierz bo nigdy nie wiesz czy  osoba faktycznie przyłożyła się do szukania (no chyba, że znajdzie innych członków rodziny, o których nic nie wiedziałeś, i poda co dokładnie przejrzała- bo i takie kwerendy miewałam, ale te o dziwo były bez opłat, z samej dobrej woli szukającego).



środa, 30 stycznia 2019

Wasserbergowie vel Wojewscy

Studiując  rodzinne powiązania w rodzinie mojej praprababki Marii Ciepielowskiej z Dattelbaumów  ustaliłam, że miała dwóch braci i dwie siostry. O braciach nie wiem nic poza datami i imionami:  Wolff i Markus, umieszczonymi na stronie Dana Hirschberga (Dattelbaum Family). 
O siostrach; Rywce i Ludwice jest więcej. Są ich małżeństwa i dzieci.  Udało mi się ustalić co nie co o nich . W przypadku Rywki po mężu Kornblum  ślad po rodzinie urywa sie w Krakowskim Getcie. Mam karty ze spisu ludności pochodzenia żydowskiego ze zdjęciami i przykre poczucie, że o ile nie uciekli pod zmienionymi danymi,  to  są wśród milionów zamordowanych...  
Z  drugą z sióstr Ludwiką było podobnie jak z Rywką. Na wspomnianej stronie  dane jej męża, dzieci.  Ale nic więcej. Wasserbergowie znikają. Okazało się to  prostsze niż myślałam. Około 1900 roku zmieni całą rodziną wyznanie i nazwisko. Stali się Wojewskimi. (Adnotacje o zmianie wyznania i nazwiska przy aktach urodzeń). Mimo ustalenia tego faktu  znów znikają... sądziłam, że może wyemigrowali... Siostra mojej Babci Barbara wspominała coś o francuskich kuzynach, myślałam, że to o nich.  Jednocześnie wypytywałam najmłodszą siostrę babci - Olusię- czy może kojarzy jakieś kuzynostwo z Krakowa. Do niedawna nic nie  wydostała z pamięci, ale regularnie maglowana  o wspomnienia przeze mnie i mojego  kuzyna, uruchomiła pokłady pamięci niesamowitej... i w czasie rozmowy  wspomniała... " a wiesz pytałaś sie kiedyś o kuzynki z Krakowa, były takie  w czasie okupacji Giga (moja babcia) i Monika pojechały do nich...  Eleonora Wojewska po mężu Wierzuchowska , i Aniela Wojewska po mężu Dültz. Miała córkę Marię a jej mąż był  dyrektorem tramwajów w Krakowie czy coś takiego."  
Po tych wiadomościach radośnie rzuciłam sie w poszukiwanie w sieci ale bez efektów... do czasu. Na forum grupy facebookowej genealodzy.pl pojawił się post o nowej wyszukiwarce krakowskich cmentarzy. Lokalizator Grobów w porównaniu ze starą wyszukiwarką świetnie działa.  Wpisałam jedno nazwisko: Wasserberger i wyskoczył jeden wynik a tam w opcji "pochowani w tym grobie" pojawiła sie lista 13 osób... i wszyscy sie znaleźli. Cała rodzina Wojewskich.  Pojawiły sie też  nowe  nazwiska. Znów szukanie w sieci... ale bez specjalnych efektów. W końcu uznałam ze po kolei będę  wpisywać nazwiska  i... Stanisław Wojewski był tym, który pojawił sie na stronie genealogicznej "Drzewo rodziny Konopackich i Pytlewskich". Przestudiowałam wszystkie powiązania. Wyjaśniło sie kim są osoby z tego grobu o nieznanych nazwiskach .  Stwierdziłam ze trzeba skontaktować się z twórcami strony i uzupełnić informacje o rodzinie Wojewskich, których tu nie ma,a  ja mam, a może mają coś więcej a tu tylko zarys... Jakież było moje zdziwienie kiedy autorem strony okazała sie znana mi osobiście Kornelia Major z Świętogenu. I tak rodzina Dattelbaumów przyniosła mi kolejne koligacje z osobami, które znam. Ciekawa jestem ile jeszcze przyniosą mi niespodzianek. 

A i zapomniałabym... napisałam do Zarządu Cmentarza Rakowickiego z prośba o podanie  nr aktu zgonu i miejsc ich wystawienia. Dostałam bardzo wyczerpującą odpowiedź łącznie z tym  kiedy i skąd  kogo ekshumowano i pochowano w tym grobie. Wszystkie dane  które pomogą mi dalej ustalać fakty... 

wtorek, 29 stycznia 2019

Ciepielowscy kolejna odsłona czyli czasem dobrze mieć sklerozę

Rodzina Ciepielowskich spędza mi sen z powiek od samego początku. Robią wszystko żeby było mi trudno. Przemieszczają się po całym Podkarpaciu, są ekonomami, urzędnikami. Nosi ich... a ja biedna usiłuje śledzić ich poczynania prawie 200 lat po fakcie.

Zaraz po rozpoczęciu swojej genealogicznej  przygodny trafiłam na wzmianki Joli Lipińskiej o "jej" Ciepielowskim Emilu. Wydawało się nam, że to może być ten sam ale były rozbieżności w datach i ogólnie za mało danych żeby to potwierdzić... ale kontakty utrzymywałyśmy. Marta Czerwieniec dostarczała nam co i rusz jakieś metryki na to nazwisko trafione przypadkiem w czasie swoich służbowych poszukiwań... ale ciągle błądziłyśmy po omacku. Dla Joli to była boczna linia więc nie miał wielkiego parcia na tropienie  tej rodziny ale ja uparcie drażę...
Pan Mieczysław Maziarski też podsyła mi informacje o tej rodzinie gdy w czasie swojej godnej podziwu pracy nad indeksami metryk podkarpacka trafi na moich szwendaczy. We wrześniu dostałam od pana Mieczysława skan metryki ślubu Rozalii Ciepielowskiej córki Dyzmy. Nie mogłam odczytać nazwy miejscowości jej urodzenia i wrzuciłam na facebookową grupę z prośbą o podpowiedź.  Szybko ktoś odpisał.  Ale chyba następnego dnia pojawił się post Laury Facchini odnośnie Ciepielowskich że ona też szuka potomków Dyzmy Ciepielowskiego. Przeszłyśmy szybko na wymianę mailową informacji. Laura podała mi dane dotyczące rodziny Michała Ciepielowskiego czyli brata mojego prapradziadka Ludwika.  Miał on synów Emila, Kazimierza, Jana (imienia nie jesteśmy pewne) i córki Michalinę , Marię i Józefę.
Tak pojawił się Emil... i zdjęcie Emila z braćmi... Eureka!!!! nie potrzebowałam już żadnych danych . Byłam pewna. To ten sam Emil  co Joli... Jola była sceptyczna ale podesłałam jej to zdjęcie... tych brwi nie da sie podrobić !!!.  Wyjaśniłyśmy kolejna rodzinna zagadkę. Oficjalnie skoligaciłam się z Jolą, poznałam Laurę... ale gdzie tu skleroza.

A no w 2017 roku na forgenie pan Mieczysław przesłał mi wiadomość, że znalazł akt ślubu Rozalii Ciepielowskiej. Tam  wszystko napisał: skąd panna młoda itd. i przesłał mi skan, który oczywiście  zapisałam w odpowiednim folderze, a dane  umieściłam w karcie rodziny w wersji papierowej i nawet i w elektronicznej i ... zapomniałam... pan Mieczysław też. Gdyby nie przesłał by mi tego jeszcze raz ale bez  szczegółowego tłumaczenia, to  to bym nie wrzuciła tego posta, Laura by na niego nie trafiła i dalej byśmy się kręciły w kółko z Jolą...



 zdjęcie od Laury. Pierwszy z lewej Emil Ciepielowski

 



 zdjęcie od Joli, pierwszy z lewej Emil Ciepielowski